poniedziałek, 14 lipca 2008

... i przed szkodą, i po szkodzie głupi.


Przeraża mnie sposób prowadzenia samochodu i kultura jazdy większości polskich kierowców. Może trochę zanadto się przyzwyczaiłem do zwyczajów litewskich, gdzie byliśmy co prawda tylko 8 dni, ale to co się dzieje w Polsce przerasta ludzkie pojęcie. Na Litwie zrobiliśmy ponad tysiąc kilometrów, zaś aby na nią w ogóle wjechać, drugie tyle. Nie mieliśmy przez ten czas ani jednej groźnej sytuacji na drodze. Litwini jeżdżą może trochę brawurowo (i bez szacunku dla maszyny), ale w sumie zgodnie z przepisami i kulturalnie (np. co w Polsce jest niesłychane, zatrzymują się przed przejściami dla pieszych i przepuszczają przechodniów!). Jeśli jadą wolniej, bez problemów pozwalają się wyprzedzić. I tak dalej, i tak dalej.

W ten weekend postanowiliśmy odwiedzić moich rodziców, więc mieliśmy do zrobienia 200 km nad morze. Kierowcy jeździli jak szaleni, bo przecież muszą być na miejscu jak najszybciej, bo 'nie zdążą się opalić'. Huzzah, wyprzedzanie na trzeciego, na podwójnej ciągłej, zakręcie, pod górkę, a najlepiej wszystko na raz. Wyprzedzanie mimo iż widzę, że z przeciwka ktoś nadjeżdża? Spoko, skoro ja go widzę, to i on widzi mnie, i zjedzie na pobocze. Albo zdążę się schować w tym sznurku samochodów, który jest przede mną. Przecież muszą mnie wpuścić! A jakie były fantastyczne warunki do jazdy! Burza za burzą, a więc mokro, woda w koleinach, ciśnienie szaleje - nie wiem, jak to działa na innych, ale ja mam wtedy problemy z koncentracją i ogólnie kiepskie samopoczucie. Wyniki?

Dwadzieścia kilometrów za Poznaniem pierwszy wypadek. Z uwagi na to, że już był zorganizowany przejazd, wiele nie było widać. W każdym razie był motocykl (z rodzaju tych, co do stówy w 4 sekundy się rozpędzają) w rowie, i były dwie karetki pogotowia, i była na poboczu roztrzęsiona blondyna w kombinezonie motocyklowym, i stały dwa inne motocykle. Ciekawe, czy było to zwykłe 'kozaczenie', czy może bardzo się spieszyli nad morze?

Dojeżdżając do Chodzieży warunki pogodowe pogorszyły się jeszcze bardziej, więc zwolniłem do 80tki i zjechałem na pobocze, pozwalając się wyprzedzić dwóm autom, które od jakiegoś czasu za mną jechały. Wjazd do miasta od strony Poznania to dosyć stromy zjazd z zakrętami i koleinami. Okazało się, że pierwszy z samochodów, które moment wcześniej przepuściłem, zjechał na lewy pas i zderzył się czołowo z nadjeżdżającym z przeciwka autem. Najprawdopodobniej zawiniła brawura i niedoświadczenie kierowcy (miał najwyżej 20 lat), prawdopodobnie wjechał prawym kołem w kałużę (wypełnioną wodą koleinę?), poczuł jak go ściąga w prawo i za mocno skontrował kierownicą w lewo, wyjeżdżając na przeciwległy pas. Dzięki temu zyskałem niezapomniane, pełne emocji chwile biegania z gaśnicą (na szczęście żaden z wraków nie zajął się ogniem), Moja Lepsza Połowa mogła zapoznać się z procedurą dzwonienia pod numer alarmowy (112), a pasażerowie drugiego samochodu, który wyprzedzał mnie chwilę wcześniej mieli szansę udzielenia pomocy poszkodowanym (którzy, o dziwo o własnych siłach, wydostali się z wraków). Straż pożarna zjawiła się na miejscu po jakichś 5 minutach (ale miała najbliżej, no i 112 obsługuje właśnie straż), pogotowie chwilę później, policja na końcu. Były cztery osoby poszkodowane - młody kierowca volkswagena, sprawca wypadku, któremu - jak to zwykle bywa - nic widocznego się nie stało, chyba że później dostał po mordzie od kierowcy drugiego wozu, który wyglądał tak, jak by miał na to niewąską ochotę, czemu się w ogóle nie dziwię. Była młoda kobieta, pasażerka drugiego wozu, w szoku, ale bez widocznych obrażeń. Było jej małe dziecko, najwyżej roczne, które przejmująco płakało - i było w tym płaczu coś iście przerażającego, mianowicie fakt, że na dobrą sprawę nie wiadomo było, czy coś się mu nie stało, czy płacze z bólu, szoku, czy przestrachu, czy po prostu wyczuwa niepokój swoich rodziców. I był kierowca, głowa rodzinki, z rozbitymi wargami, możliwe, że ze złamanym nosem, plujący krwią, straszny, i wkurzony. Oba samochody nadawały się do kasacji, volkswagen miał zmiażdżony cały przód, ale to samochód w który uderzył wyglądał najgorzej - nie dało się stwierdzić, jakiej był marki, silnik, który miał umieszczony z przodu, cały był wyrwany z komory. Droga, oczywiście, została zatarasowana przez oba wraki. Od razu też pojawiły się samochody, które widząc tworzący się korek i to, że nikt nie nadjeżdża z przeciwka, próbowały przejechać pomiędzy wrakami. Spowodowało to fakt, że gdy już nadjechały karetki pogotowia, nie miały się gdzie zatrzymać, bo auta próbujące ominąć kolizję stały na obu pasach. Musiałem przez to bawić się w kierującego ruchem, ale generalnie zostałem olany. Dlaczego? Nikt się przecież nie cofnie, skoro 'jest szansa przejechania'. Ludziom brakuje wyobraźni.

Po godzinie policja zorganizowała objazd, bo jeszcze przez jakiś czas techniczni mieli trzaskać foty i zbierać inne dowody w sprawie. Zanim odholowano by wraki, minęłyby co najmniej trzy kolejne godziny. Objazd był super. Miły pan policjant błędnie poinstruował nas odnośnie miejsca, w którym należało zjechać z głównej trasy, i tylko fakt, że kojarzyłem mniej więcej miejsce, w którym mogłem skręcić pozwolił nam odnaleźć właściwą drogę. Ten sam pan policjant wcześniej zasugerował nam, że możemy oszczędzić sobie czasu i kilometrów, przejeżdżając przez miejscowy punkt widokowy, wąską polną drogą, w nieznanym terenie, w czasie burzy. Dziękuję bardzo, nie mam zamiaru skończyć zawieszony gdzieś na wyrwie albo zakopany w błocie. Wracając do objazdu - droga była owszem, asfaltowa, ale bardzo wąska. Noc była ciemna, padał deszcz, a błyskawice raz po raz rozświetlały niebo. Idealna sceneria na rozpoczęcie horroru, ten archetyp zadziałał na mnie tak bardzo, że zacząłem się zastanawiać, co zrobię, gdy a) zabraknie nam paliwa, b) złapię gumę, c) samochód po prostu przestanie działać. Jako, ze niczego konstruktywnego wymyślić nie potrafiłem, skoncentrowałem się na omijaniu legionów żab, które wyległy na rozgrzany asfalt, na który lały się litry wody z niebios. Muszę ze wstydem przyznać, że w pewnym momencie przestałem je omijać, całkiem słusznie zresztą twierdząc, że jeśli nie rozjadę ich ja, to rozjadą pozostałe auta, które niechybnie zostały skierowane na tę samą trasę.

W domu byliśmy wpół do drugiej w nocy.

Jeśli myślicie, ze to koniec emocji, to się grubo mylicie. W niedzielę przecież musieliśmy wracać do Poznania, wszak pora pojawić się w pracy. Już przy wyjeździe z Koszalina widzieliśmy sytuację, która o włos mogła skończyć się stłuczką. Oczywiście, wszystkiemu winne wyprzedzanie na skrzyżowaniu. Baba jechała równo, postanowiła skręcić w lewo na skrzyżowaniu. Zauważyła, że jest akurat wyprzedzana, więc zwolniła, ale nie wzięła pod uwagę tego, że może być wyprzedzana jednocześnie przez dwa, jadące zderzak w zderzak, samochody. Gdy pierwszy z nich ją minął, skręciła. Drugi, na szczęście też odbił w lewo, zatrąbił, a baba w ułamku sekundy przestała skręcać i zatrzymała się. Przez to i ja musiałem ostro zahamować, aby uniknąć wjechania jej w zad. Ładny początek :)

30 kilometrów dalej korek. Musiało coś się stać. Nie myśleliśmy długo, tylko wybraliśmy jazdę dłuższą, węższą, ale przez to mniej uczęszczaną trasą przez Czaplinek, Wałcz i Czarnków. Od Wałcza leje. W samym mieście doszczętnie rozbity mercedes, który 'owinął się' wokół drzewa. Tuż obok sporo siatek z porozrzucanymi zakupami. Niedaleko był sklep. Karetki już nie było, zostały za to dwa radiowozy.

Trasa między Trzcianką a Czarnkowem. Leje tak, że wycieraczki nie nadążają zbierać. Jadę w kolumnie samochodów, gdzieś z przodu jedzie autobus. I dziwię się jak jasna cholera, że ciągle z tyłu na lewym pasie widzę kolejne auta, wyprzedzające całą tę cholerną kolumnę.

Polacy to jednak idioci.

Aha, dziś bez zdjęć i odnośników, chcecie sobie pooglądać wraki, to wpiszcie w google słowo 'wypadek' i popatrzcie na obrazki.

wtorek, 8 lipca 2008

Z warząchwią i kopyścią przez Litwę


Kiedy wyjeżdżam za granicę pamiętam o trzech rzeczach: wygodnych butach, rozdzielaniu miejscowej waluty między co najmniej trzy portfele oraz tym, by kiedy tylko się da kosztować smaków miejscowej kuchni. Dzięki temu zawsze wracam pełen nowych doznań (wszak nie zawsze pozytywnych :) ). Tym razem trafiłem na Litwę, gdzie moje soki trawienne musiały stawić czoła takim okropieństwom, jak suszone ryby, świńskie uszy czy sfermentowany chleb.

Trakai.
Kybliny i Baltas.

Pierwszego dnia podróży trafiliśmy do karaimskiej restauracji w Trokach. Kuchnia Karaimów bierze wiele z kuchni tureckiej i tatarskiej, więc nietaktem byłoby nie wykorzystać okazji i nie spróbować tego, co mają do zaoferowania. Najbardziej znaną potrawą są kyblyny - całkiem spore smażone pierogi nadziewane baraniną, wołowiną bądź - jak wszędzie na Litwie - nadzieniem z ziemniaków i twarogu przypominającym nasze 'ruskie pierogi'. Można było również zamówić czeburaki - równie spore, najpierw gotowane a później zapiekane baraninowe pierożki (które miałem okazję kiedyś konsumować na Mazurach), a także jazmę, czyli smakowity biały chłodnik, na który skusiła się Kasia. Ponoć był rewelacyjny :) Ja zaś stwierdziłem, że najsmakowiciej w menu prezentuje się ajaklyk, czyli wypełniony baraniną pieróg z ciasta francuskiego, o rozmiarach małego czołgu porucznika Grubera, do tego skusił mnie nadziewany orzechami... pomidor. Wyboru nie żałowałem, bo takie zestawienie było nie tylko smaczne, ale pozwoliło na skuteczne wzmocnienie utrudzonego podróżą organizmu. Gdybym jeszcze wiedział, że nie będę już tego wieczora prowadził, z pewnością skusiłbym się na krupnik, znany również w Polsce specjał pochodzący właśnie z kuchni karaimskiej. Niestety, kosztowanie tego napitku muszę odłożyć na kolejną wizytę w Trokach. Za to wieczorem pełen relaks - piwko w restauracji z przepięknym widokiem na zamek. Zdecydowaliśmy się na 'Baltasa', jasne, pszeniczne piwo, podawane w wąskich, rozszerzających się ku górze pokalach, udekorowanych plasterkiem cytryny. Smak - powalający na kolana! Później, zupełnie przypadkiem, w muzeum w Pałandze dowiedzieliśmy się, że Baltas to nazwa rodzaju mlecznego bursztynu znajdowanego nad Bałtykiem. Co za adekwatna nazwa! Świeżo nalane piwo jest białe, potem, w miarę upływu czasu biel się zmienia w lekko mętny bursztyn :) Rewelacyjna, gęsta piana, która nie pozwala bąbelkom swobodnie uchodzić. Pierwszy strzał w miejscowe piwa, i od razu trafienie, do tego takie, które bardzo wysoko ustawiło poprzeczkę dla kolejnych testowanych napitków.

Vilnius.
Bliny, Chlebuś i Gira.

Wilno słynie ze swoich restauracji i cukierni. Cukierni niestety nie dane nam było odwiedzić, gdyż pogoda nie sprzyjała spożywaniu słodyczy, do tego i ja skupiłem się raczej na testowaniu piw wszelakich, które z ciastem się nie komponują :) Odkryciem dnia był schłodzony kwas chlebowy, jeszcze pracujący, który można było nabyć w jednej z sieci sklepów. Duona gira, czyli ów kwas, jest bardzo popularny na Litwie, można go zamówić w każdej knajpce, gdzie często jest przyrządzany na miejscu, dzięki temu staje się niepowtarzalny. Podawany jest również różnie - w zwykłych kubkach, w pokalach albo jak w restauracyjce w Kownie - w kamionkowej czarce, z dodatkiem rodzynek. Smakuje karmelem, bardzo leciutkim, słodkim, ale jednocześnie goryczkowatym. Co poniektórzy twierdzą, że gira jest dużo lepsza od piwa (co bzdurą jest, bo od piwa jest lepsze jedynie jeszcze więcej piwa). Plusem jest to, że po kwasie chlebowym można legalnie prowadzić (ale można się nim także upić, gdyż zawiera do 2% alkoholu). Co ciekawe, we wszystkich lokalach na Litwie można zamówić zakąskę do piwa. Może to być gotowany groch, chleb smażony z czosnkiem i serem, a nawet wędzone świńskie uszka! Trzeba było wszystkiego popróbować, zwłaszcza chleba, który w jednym z wileńskich lokali był bezkonkurencyjny. Gorący, pachnący duona, czyli chleb, nie przesuszony na grzankę, z ciągnącym się aromatycznym serem - idealna przekąska. W zestawie było kilka jego rodzajów - ciemny, miodowy ajer, pieczony na liściach tataraku (które można często znaleźć w samym chlebie!), słodowy chleb kowieński z kminkiem i jasny chleb Pałanga, pieczony bez dodatku cukru. Od dawna byłem fanem litewskiego pieczywa, ale podawane w takiej formie - to po prostu niebo w gębie! Świńskie uszka to osobny temat, smakują jak dosyć twardy, wędzony boczek, z chrząstką i dość tłusty. Interesujący smak, jednak nie na tyle, by zamawiać go do każdego spełnionego kufla. No i wreszcie bliny. Po blinach spodziewałem się tego, że będą robione z mąki gryczanej, ale jak się okazało, tak podawane są specjałem kuchni rosyjskiej, nie zaś litewskiej. Litwini robią naleśniki tak, jak my, ze zwykłej mąki, natomiast uznanie budzi wielość różnych nadzień. Od słodkich, serowych czy owocowych (pieczony banan jest wspaniały!), po grzybowe (z pieczarek lub leśnych grzybów), mięsne (kurczak lub wieprzowina) czy pikantne (duuuużo papryki). Do tego sporo sera i mamy fajny wybór. Nic dziwnego, że pewną naleśnikarnię spod Ostrej Bramy trzeba było testować dwukrotnie!

Nemencine i okolice.
Stintos, Cydr i inne wynalazki.

Po tych kulinarnych szaleństwach trzeba było odpocząć. Dzięki uprzejmości Krzysia wylądowaliśmy pod Niemenczynem w małym domku nad brzegiem jeziora. Jak jezioro - to muszą być ryby! Ryb, oczywiście, nie brakowało, tak w wodzie (łowiliśmy je raźno przez całe popołudnie i wieczór), jak i na stole. Rybami z grilla uraczyła nas Mama Krzysia, były to węgorz, łosoś, lin i - sądząc po ilości ości - leszcz. Pierwszy raz się zetknąłem z tak pieczonymi rybami, ale muszę przyznać, że były przepyszne! Może to zasługa przypraw, może - grilla napędzanego nie węglem a pachnącym drewnem, a może wspaniałego leśnego powietrza, ale smak pieczonej na grillu ryby był doskonały! Do tego Ewa wyciągnęła z plecaka inny litewski specyjał - suszone stintos. Były to małe, bardzo słone rybki, wysuszone tak, że trzeba je było żuć. Nie umiałem ich zidentyfikować, ale przypuszczam, że były to jakieś szproty. Smakowały bardzo intensywnie i ciekawie. Kiedyś, takie rybki służyły pewnie ludziom nie tylko jako pokarm, ale też jako świece :) Niezła przegryzka pod piwo :) A że rybka lubi pływać nie tylko w piwie, wziąłem się za testowanie różnych innych wynalazków, w które litewskie sklepy rzeczywiście obfitują. Na pierwsze miejsce wysunął się cydr, czyli owocowy napój alkoholowy, znany i ceniony głównie w zachodniej Europie. W lokalach podawany jest czasami tradycyjny cydr jabłkowy, bardzo smaczny zresztą, natomiast w sklepach dostępne są cydry gruszkowe, truskawkowe i wiśniowe. Największym powodzeniem cieszył się cydr gruszkowy, który jednogłośnie uznany został za najsmaczniejszy z butelkowanych (jabłkowego jednak nie dane mu było przebić). Pozostałe dwa potrafiły niestety (zwłaszcza przy powolnej konsumpcji i ociepleniu się napoju) dość mocno zalecieć siarką. Cydr owocowy dość mocno kojarzył mi się ze swojskim kruszonem, który wieki temu został wycofany z polskich sklepów. Oprócz cydru zdarzyło mi się skosztować różnych drinków, puszkowanych i butelkowanych - dżinu z tonikiem (robię lepsze, ratował go rozmiar - 0,5 litra zniknęło dosyć szybko w mej gardzieli), caipirinhy (zalatywała chemią, poza kolorem nie miała w sobie nic ciekawego) i czegoś, co nazywało się FIZZ a było paskudnym sikaczem, który smakował jak woda z sokiem i odrobiną kiepskiej wódki. Autorytatywnie stwierdzam - piwo jest dużo lepsze od tych świństw!

Kaunas.
Zeppeliny i Chłodnik.

Kowno to przede wszystkim starówka, położona u zbiegu dwóch wielkich litewskich rzek - Niemenu i Wilii. Na tejże starówce dane nam było trafić do stylizowanej na wiejską chatę restauracji, w której kosztowaliśmy kolejnego miejscowego specjału - Zeppelinów. Zeppeliny, zwane także kartaczami, to bardzo duże pierogi z mąki ziemniaczanej i tartych ziemniaków, z nadzieniem z mielonego mięsa, bądź - znów - z twarogu, podawane z kwaśną śmietaną bądź polane tłuszczem i skwarkami (kwaśna śmietana to jeden z symboli kulinarnej Litwy). Co tu dużo gadać, dwa takie pierogi nasycą stado emigrantów z Etiopii, a nie tylko jednego głodnego podróżnika :) Przepyszna sprawa! Kolejną testowaną potrawą była saltibarsciai, czyli po ichniemu chłodnik. Na różne chłodniki trafialiśmy, każdy z nich był pyszny. Czerwony barszcz z gęstą kwaśną śmietaną (znowu!), mięsem, serem, czasem jajkiem oraz dużą ilością warzyw na zimno - podawany z gotowanymi ziemniakami na osobnym spodeczku. Pychota!

Neringa.
Kołduny i Sałatki.

W Nidzie znaleźliśmy się pod koniec naszego wyjazdu, i tak naprawdę dopiero tam trafiliśmy na polecaną nam sieć pizzerii 'Cili Pica'. Mogliśmy dzięki temu spróbować naprawdę świetnych kołdunów, czyli małych pierożków. Do wyboru było nadzienie z leśnych grzybów (bardzo aromatyczne i wręcz rewelacyjne) oraz mielonego mięsa wieprzowego (nieco przyciężkie, ale wciąż pyszne). Kołduny można gotować, tu jednak pierożki były smażone w głębokim tłuszczu a później zapiekane z serem i odpowiednim sosem. Konsumpcja tak mnie pochłonęła, że straciłem całą pierwszą połowę finału Euro (i, jak się potem okazało, jedynego gola tegoż finału), ale absolutnie nie żałuję. Nie byłbym też sobą, gdybym nie wspomniał o ciekawej koncepcji tworzenia sałatek, którą prezentują litewskie restauracje. Otóż są one z reguły podawane na wielkim, płaskim talerzu, oraz, co ważniejsze, nie składają się z sałaty i dodatków, co jest w Polsce regułą, ale mają swoje własne unikalne połączenia. Do ryb i owoców morza podaje się rukolę albo kapustę pekińską, do mięs zwykłą kapustę a sałatę widziałem jedynie w składzie typowo warzywnych sałatek (np. w greckiej). Można też skosztować absolutnie unikalnych sałatek, jak np. 'Kaprys', czyli sałatka z moim ukochanym ozorkiem cielęcym, czy 'Eldorado' z orzechami włoskimi i awokado. Palce lizać (i obgryzać) ;).

Palanga.
Karbonada i Lody.

Połąga była wisienką na torcie naszego wyjazdu. Na pobyt w niej poświęciliśmy jedynie kilka godzin, ale absolutnie było warto! Gdy nad morzem wieje wiatr, wystawiony na jego działanie człowiek musi szybko uzupełnić braki energetyczne. Tym razem trafiliśmy do świetnej, stylizowanej na kubańską, knajpki. Podczas całego pobytu na Litwie zdarzyło nam się kosztować lodów. Jednak w tamtejszych lokalach nie znajdziecie wielu różnorodnych deserów lodowych. Lody najczęściej podaje się bez dodatków, ewentualnie z owocami albo... dżemem :). Miłym wyjątkiem był lokal w Połądze, gdzie wybór deserów lodowych był spory, a same desery smaczne i niemałe. Sam zestaw smaków był ciekawy - gruszkowe lody z rumem, rodzynkami i bitą śmietaną, czy wieloowocowe lody z bananem, pomarańczą i ananasem, obok truskawek i owoców karamboli. Co ciekawe, lody zostały zaserwowane nam nie w pucharze, jak to jest przyjęte w Polsce, ale na głębokich, udekorowanych wiórkami kokosowymi i sosem czekoladowym talerzach. Napisałem o karambolach, nie mogę nie wspomnieć o nidzkiej karbonadzie :) Byłem przekonany, że karbonada to jakiś wymyślny sposób przyrządzania mięsa, charakterystyczny dla północnej Litwy. Okazało się jednak, że nie jest to nic innego, jak nasz swojski schabowy, w moim przypadku mało wysmażony, za to z dodatkiem pysznego sosu 'z białych grzybów', czyli białego wina, śmietany i grzybów leśnych. Danie smaczne, aczkolwiek najsmaczniejszy był w nim sam sos, który z powodzeniem był stosowany przy przyrządzaniu innych dań, na przykład ryby maślanej. Karbonadę, czyli schaboszczaka, wolę jednak mocno wysmażoną, z dodatkiem gotowanej kapusty :).

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o innych wspaniałościach, jak choćby własnoręcznie zbierane nad jeziorem leśne poziomki, słodkie i aromatyczne, jak litewski nabiał, który pyszny jest i basta (zwłaszcza zasmakowałem w jogurcie o smaku pomarańczy z dodatkiem czekoladowych wiórków), jak ziołowe likiery i miody, o powalającej mocy i zniewalającym smaku (jak słynne 'Trzy Dziewiątki' i Suktinis), czy jak mleczny deser o porażającej nazwie 'Deser Dnia', który składał się ze świeżego twarogu i soków owocowych (choć to nie do końca prawda, bo ów 'twaróg', czy jak chciała karta - 'curd', to po prostu tłuste mleko zakwaszone słodkim sokiem i przetarte do konsystencji sernikowego nadzienia). Zdecydowanie, podróż po Litwie była jednocześnie prawdziwą ucztą dla podniebienia, i już dzisiaj zaczynam tęsknić do pysznych litewskich wyrobów. Tęsknić na tyle, że stojąc w markecie przed półką z jogurtami najczęściej odchodzę z kwitkiem, bo żadna 'Bakoma' czy inny 'Zott' nie są w stanie zastąpić mi litewskich '&Joy'ów'. :) Mniam!

czwartek, 19 czerwca 2008

Na Wschód! Tam musi być jakaś cywilizacja...

Jakiś czas temu podjęliśmy decyzję, że wakacje spędzimy na wschodzie. Nie koniecznie dalekim, raczej całkiem bliskim :) Tak jak jedni sprawdzają przed podróżą hotele i restauracje, robią plany odnośnie zwiedzania zabytków i rozpiskę co? gdzie? kiedy?, ja postanowiłem przegrzebać swoje archiwum odnośnie rosyjskojęzycznej acz nie tylko sceny muzycznej, aby być przygotowanym na perełki, które tylko czekają na wyszperanie w koszach z tanią płytą na Litwie, Łotwie i w Estonii :)

KYPCK czyli pozostałości po Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej

O dziwo, to nie Rosjanie, ani Ukraińcy, jeno czwórka Finów, którzy ubzdurali sobie, że śpiewanie po rosyjsku jest cool. Solidne brzmienie, porządne kawałki, mnie kupili.

Волколак czyli syberyjskie bajędy

Syberyjskie demony mają się tak do wilkołaków, jak powyższy teledysk do całokształtu tfurczości zespołu, zdecydowanie folkowej. Jeśli macie ochotę na zwęglony ochłap znad syberyjskiego ognia, szczerze polecam.

Аркона czyli białogłowa i misiaczki

Kolejny zespół o tej nazwie, tym razem z Rosji. Udaje im się naprawdę sprytnie wplatać melodię w całkiem sensowne grzańsko. No i niewiasta na wokalu ma naprawdę niezłe warunki głosowe.

Lucifugum czyli ukraińskie czorty

Tu mogło znaleźć się sporo nazw - od Nocturnal Mortum, przez Dub Buk aż po Drudkh. Jednak niemal żaden zespół nie posiada własnego klipu, a nawet jeśli posiada, to nie robi to aż takiego wrażenia jak teledysk nieistniejącego już Lucifugum. Tylko dla nihilistic-suicidal-black-metal-ist-krieg-fanatics :)

Skyforger czyli łotewskie Waffen SS

Panowie ze Skyforger całkiem jawnie przyznają się do fascynacji nazizmem - wszak Łotysze podczas drugiej wojny światowej stanęli u boku Hitlera (podobnie zresztą jak Ukraińcy czy Rumuni). Jeśli to Wam nie przeszkadza, to polecam - całkiem sensownie zagrany pagan metal.

Kūlgrinda czyli tajemnicza droga

Gdyby ta nazwa nie padła tutaj, najprawdopodobniej naraziłbym się żonie (i musiał ich słuchać co najmniej przez sześćset kilometrów do granicy). Weterani litewskiego folka grają swoje i organizują pokazy już od ponad 10 lat i wciąż są niedoścignieni. Musisz znać, jeśli interesujesz się folkiem.

Гайдамаки czyli kozacy na motorach

Fala pomarańczowej rewolucji dotarła i do Polski :) Haydamaky właśnie nagrały nową płytę i szukają fanów w naszym kraju. Warto poznać, tak radosnej muzyki gładko wplatającej słowiańskie melodie w punkowe rytmy nie słyszy się często.

Смысловые галюцинации czyli i pop może być dobry

Smutni Rosjanie z Kaliningradu zdobyli sobie moje uznanie już dawno temu, pora byście i Wy się nimi zainteresowali. UWAGA! Oni nie są emo :)

Кино czyli legenda wiecznie żywa

Viktor Tsoj to legenda rosyjskiej sceny, a Kino - to ichni odpowiednik naszej Republiki. Wstyd nie znać :) A teledysk - to kwintesencja Rosji na początku lat dziewięćdziesiątych.

W tym zestawieniu zabrakło wielu nazw - część z nich po prostu nie posiadała wystarczająco dobrych teledysków (Vicious Crusade, Rondellus, Zalvarinis czy Temnozor), część nie pasowała mi klimatem do wpisu (Siela, Xess, Satariel, Romove Rikoito), ale wszystkie warte są posłuchania i wyrobienia sobie własnej opinii na temat ich muzyki. Zresztą, po powrocie pewnie będę dumny z jakowegoś nowego znaleziska, którego nie omieszkam zaprezentować :)

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Książę Kacpan

Cały rok minął od momentu, gdy czwórka Królów Narnii - Luśka, Zuzek, Edzio i Piotrek - opuściło tę baśniową krainę aby powrócić do targanej wojną Anglii. Tymczasem w Narnii wiele się wydarzyło - najechali i podbili ją Telmarowie, ewidentnie potomkowie hiszpańskich konkwistadorów z naszego świata. Niedobitki rodowitych Narnijczyków (Narnian?) zdegenerowały i osiedliły się w mrocznych ostępach, knując i nienawidząc nowych władców tej ziemi. Lew Aslan jest legendą, w którą nikt już nie wierzy, a pamięć o czwórce Królów zanikła.

Między Telmarami także kwitnie chuć i poróbstwo. Prawowity władca, książę Kacpan, musi uciekać z własnego zamku, bo na jego posadę chrapkę ma niejaki Durza... Murarz... Miraz. Stosuje on mało wyrafinowane metody walki politycznej (przeważnie ostre przedmioty) ale łatwo ulega miejscowym zabobonom (osobliwie wierzy w gadające zwierzęta). Jest piekielnie inteligentny i wie, że sam może łatwo paść ofiarą wyniszczającej walki o władzę, dlatego też stara się dopaść Kacpana zanim ten znajdzie sprzymierzeńców. Kacpan jednak posiada dwie rzeczy - wiedzę o pierwotnych mieszkańcach Narnii i magiczny róg, które otrzymał od swojego mentora, Corneliusza Dumbledora... Zadęcie w ów róg ma rozwiązać wszelkie problemy ciążące nad Narnią, więc Kacpan dmie, po czym pada bez zmysłów. Róg jednak przyzywa Czterech Królów Narnii, którzy wracają na swe dawne włości, by po zażyciu odświeżającej kąpieli w falach oceanu odkryć, że kraina dość mocno się zmieniła (i, że karły to wyjątkowo gburowate stworzenia).

Dalej akcja toczy się lawinowo: są epickie sceny batalistyczne, wyjątkowo głupie dialogi, rewelacyjne efekty wizualne, podnoszące poziom adrenaliny pojedynki, jest miłość, nienawiść, zdrada i wiele innych rzeczy, bez których klasowy film fantasy nie może się obejść. W końcu nadchodzi wielki finał, w którym chaos tryumfuje nad ładem (albo, zależnie od punktu widzenia, ład nad chaosem), wszyscy dają sobie buzi i pojawiają się napisy końcowe.

Ciężko ogląda się takie filmy jak ten, gdy ma się już prawie trzydziestkę na karku. 'Książę Kaspian' to film dla dużo młodszej widowni. Mimo widowiskowych scen walki nie pojawia się nawet kropla krwi, choć sam film nie staje się przez to ani odrobinę mniej brutalny. No właśnie. Kontynuacja 'Lwa, Czarownicy i Starej Szafy' jest dużo bardziej mroczna od bajkowej 'jedynki'. Pokazuje też dużo więcej znanego nam dobrze z realnego świata cynizmu i dosłownego dążenia 'po trupach do celu'. Jest przez to dużo bardziej prawdziwym filmem. Z drugiej strony, jako że to film dla dzieci, pojawiają się częste dłużyzny i wielokrotnie powtarzane kwestie aktorów ('Ja też za tobą tęskniłem' jest wałkowane chyba pięć razy). Same dialogi rażą trochę mało wyszukaną formą i momentami są wręcz kretyńskie (Luśka: - Stoją tak, nieruchomo... Gburowaty Karzeł: - To drzewa, czego się spodziewałaś?). Przez to, że jest to film dla dzieci, pojawiają się w nim iście bajkowe plenery, nigdy nie pada deszcz, a co bardziej dramatyczne wydarzenia rozgrywają się w nocy. Przesadzone są też sceny, które mają wzbudzić w młodszych widzach określone uczucia (np. bohaterska śmierć, wściekła chęć odwetu za zdradę i tym podobne archetypy), jak i kilka kluczowych dla fabuły momentów. Aktorzy grający główne role nie popisali się zanadto, zdecydowanie lepiej wypadają postacie drugoplanowe (np. Willow).

Mimo takich ogólnych narzekań, 'Kacpan' to dojrzalszy i po prostu lepszy film od 'Lwa'. Efekty specjalne powalają, postacie niektórych bohaterów są przemyślane do ostatniego szczegółu a i fabuła jest ciekawsza. Kilka denerwujących elementów ginie pod lawiną naprawdę dobrej roboty. W dialogach można znaleźć kilka naprawdę ciętych ripost a zdjęcia są rewelacyjne i robią niesamowite wrażenie. Czy jednak warto zobaczyć ten film w kinie? Ci, którym spodobała się pierwsza część 'Opowieści z Narnii' powinni być zachwyceni, reszta może spokojnie obejrzeć ten film w domu.

Na końcu wspomnę o smaczku, który spowodował, że kupiłem ten film bez zastrzeżeń. Mianowicie był on kręcony między innymi w Polsce, w jednym z najbardziej urokliwych miejsc, jakie znam - w Górach Stołowych. Możecie sobie wyobrazić, jak opadła mi szczęka, gdy zobaczyłem na ekranie 'Piekielną Kuchnię' po której przechadzały się bajkowe stwory, czy 'Radkowskie Skały' z filmowymi dekoracjami. Tak, zdecydowanie było to dla mnie pozytywne zaskoczenie i jednocześnie impuls, aby i w tym roku odwiedzić Kotlinę Kłodzką.

czwartek, 29 maja 2008

My name is Jones, Indiana Jones...


Do dziś pamiętam lodowaty poranek w Warszawie w lutym 1990 roku, gdy po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć przygody pewnego nieogolonego archeologa na wielkim ekranie. Pamiętam też, jak bardzo wyszedłem z kina oczarowany i podekscytowany. Wczoraj, po prawie dwudziestu latach, znów mogłem przeżywać przygody Indiany Jonesa i jego przyjaciół.

"Z pewnom takom nieśmiałościom" kierowałem się ku Multikinu. Z jednej strony, oczekiwania były ogromne, w końcu 18 lat to wystarczający czas, by stworzyć dzieło niezwykłe, kompletne w każdym calu. Z drugiej strony strach mnie chwytał za gardło, bo Harrison Ford i spóła po tych 18 latach sami mogą stanowić archeologiczne eksponaty ;). No i fakt, że teraz kino jest przesycone efektami specjalnymi, które mogły zdominować całość filmu, również nie napawał mnie optymizmem. Po krótkim namyśle postanowiłem się nie przejmować, i jak większość widzów postanowiłem nastawić się na dobrą rozrywkę, wspartą Moim Kochaniem u boku, dwoma litrowymi colami i wieeelkim pudłem popcornu (który, jak Mój Skarb zauważył, ostatni raz jedliśmy w kinie jeszcze na studiach, na 'Władcy Pierścieni'). Jak się potem okazało, było to słuszne założenie :)

'Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki' to fajny film przygodowy, otwarcie nawiązujący do tradycji serii. To, czy jest godnym następcą 'Ostatniej Krucjaty', pewnie będzie długo i namiętnie dyskutowane na różnego rodzaju forach i w komentarzach pod kolejnymi recenzjami. Ja na filmie bawiłem się świetnie, i choć z kina nie wyszedłem z totalnym opadem szczęki, to składam to raczej na karb tego, że już nie jestem dwunastolatkiem :). Realizacja filmu jest bez zarzutu, zgodna z ugruntowanym przez serię trendem 'przygoda goni przygodę'. Nie ma chwili czasu na nudę, na ekranie wciąż coś się dzieje. Spielberg zapowiadał, że sceny z wykorzystaniem kaskaderów będą pojawiać się częściej, niż animacja komputerowa - tylko częściowo się to sprawdziło, aczkolwiek do efektów ciężko mieć jakieś zarzuty. Fenomenalna Kate Blanchett (ten akcent!) i genialny pomysł z zatrudnieniem na nowo Karen Allen, która grała chyba najbardziej charyzmatyczną z dziewczyn Bonda, przepraszam, Indiany ;). No i do tego ten krzywy uśmieszek, kapelusz i bicz Forda. Rewelacja.

Jeśli chodzi o minusy, to pewnie czytaliście już setki opinii gnojących film, więc postaram się nie powtarzać, ani nie spoilować (bo, jak zwykle, diabeł tkwi w szczegółach). Pierwszy, i zarazem największy minus tego filmu, to niestety scenariusz. Wiadomo było, że nowy Jones ma stać się 'blockbusterem', i chyba przez to do krojenia oryginalnego scenariusza zabrali się marketingowcy. Mamy więc niespójny ciąg akcji, sceny wplecione w główny wątek tylko dla pokazania efektów specjalnych, nadmierną eksploatację 'pomysłów na przygodę', które mogłyby spokojnie posłużyć za temat kolejnych trzech filmów o dzielnym archeologu, a także kilka scen, które można spokojnie było wyciąć, bo do historii nie wnosiły nic (a mogły być istotne, jeśli scenariusz poszerzałby zawarte w nich wątki). Drugim grzechem głównym był brak wyrazistego szwarccharakteru. Irina Spalko była zbyt mało zołzowata jak na Główną Wredną Postać, stylizowano ją raczej na 'Ja-Tylko-Pragnę-Wiedzy' Elsę Schneider z 'Krucjaty'. Brakowało natomiast kogoś, kto autentycznie budziłby grozę samym swoim pojawieniem na ekranie (odpowiednio major Arnold Toht z 'Arki', demoniczny Mola Ram ze 'Świątyni' i standartenführer Vogel z 'Krucjaty'). Tawariszcz Dovchenko niestety nie spełnia tego wymagania. Smutno :( Trzeci duży zarzut to fakt, że fabuła pozbawiona była elementu odkrywania nieznanego, co stanowiło przecież trademark serii. W poprzednich filmach Indy aby odzyskać artefakt musiał szlajać się po świecie rozwiązując zagadki, których moim zdaniem w 'Królestwie Kryształowej Czaszki' po prostu zabrakło. Teraz akcja zastąpiła refleksje... A Indiana Jones z archeologa stał się super tajnym agentem. Znak czasu?

Mógłbym napisać jeszcze co nie podobało mi się scena po scenie - ale po co? Nie chę spoilować, a to by się do tego sprowadzało. Mogę natomiast napisać, że podobał mi się rozmach, z jakim nakręcono film. Wszystkie te pradawne mechanizmy (które zgodnie z prawem tej serii doskonale działają po latach) robią wrażenie. Pościgi jak zwykle świetnie pomyślane, bójki i bijatyki takoż. W filmie jest kilka kapitalnych scenek (jak choćby ta z tym i wtedy kiedy on to i tamto i wreszcie ta, w której... wybaczcie, nie mogłem się powstrzymać :P ), zagranych po mistrzowsku, ale przede wszystkim kapitalnie pomyślanych. Indiana ma jak zwykle cięty język a w filmie pojawiają się smaczki dla fanów serii. Czegóż chcieć więcej?

Może bluźnię, ale napiszę to z pozycji fana. Chciałbym, aby już więcej nie nakręcono kolejnego filmu o Indianie Jonesie. 'Królestwo Kryształowej Czaszki' może stanowić godne pożegnanie z tym bohaterem. Jego filmowy potencjalny następca nie posiada charyzmy, jaką obdarzony jest Harrison Ford. W dobie, gdy kino awanturnicze ma swoich 'Piratów z Karaibów', dwie części 'National Treasure' z Cage'em i takoż dwie części 'Tomb Raidera' z Jolie, a nadchodzą kolejne filmy (np. nowa 'Mumia'), może warto stworzyć naprawdę dobry scenariusz, i główną rolę w nim powierzyć charyzmatycznej gwieździe nowego pokolenia, aby korzystając z doświadczeń czterech świetnych filmów stworzyć kolejnego charakterystycznego bohatera? Już nawet mam tytuł: 'Borys Szyc i Bursztynowa Komnata' :P.

wtorek, 27 maja 2008

W Świątyni Półksiężyca


in the temple of the crescent moon...

Wreszcie jest. Nowy. Lśniący. Czekający na odpakowanie z folii nowy album Edlunda. Wszak wiemy, że Edlund to Tiamat, a Tiamat to Edlund. Długom czekał na nowe dźwięki łysego Szweda. Ostatnie dwie płyty były, dość dosadnie stwierdzając, niewarte nawet splunięcia. Od drugiej z nich minęło całe pięć lat...
Nerwy grają. Czy warto było kupić ten okrągły kawałek plastiku? Czy nie lepiej posłuchać w sieci? Z drugiej strony Paradise Lost nagrało kapitalny 'In Requiem', na którym udanie powrócili do korzeni. Czy Tiamat też sobie poradzi? Czy nagra coś w stylu słabiutkiego 'Prey'?

this is the equinox ov the gods...

Pierwsze dźwięki z głośników i od razu zaskoczenie. Tak ostrych gitar nie słyszeliśmy od 1994 roku! Edlund nie wydaje już z siebie spokojnego, melancholijnego mruczanda, ale stara się skrzesać ogień! Drugi numer - co to ma być? Black metal? Na to wygląda. Oldskulowy, grecki black metal, nie na tyle obskurny jednak, aby zniechęcić wiernych fanów. Skojarzenia z prehistorią Tiamat (kłania się 'The Astral Sleep', a nawet 'Summerian Cry'!) wydają się nieuniknione. Johan skrzeczy a nie growluje, co znacząco wzmacnia siłę przekazu. Nie wszystkim taki śpiew będzie odpowiadał, ale mnie osobiście przekonuje. Trzeci numer - już wolniej, spokojniej, myśli biegną w kierunku 'Wildhoney'. Jest dobrze, pytanie, czy pierwsze trzy utwory mogą stać się wyznacznikiem dla pozostałych dwunastu?

until the hellhounds sleep again...

Kolejne piosenki płyną z głośników a ja już wiem, że nie zmarnowałem pieniędzy na tę płytę. Co prawda to początek płyty (i późniejszy 'Raining Dead Angels') jest najbardziej dynamiczny, ale na albumie nie ma żadnych wypełniaczy. Spokojne numery mają ten specyficzny Tiamatowy feeling, który tak wrył nam się w pamięć przy okazji kultowego pomarańczowego albumu. Ostre numery tną aż miło i pokazują słuchaczom, że Edlund nie zapomniał o Treblince, o Górze Zagłady, o Śpiącej Królewnie wreszcie. Piszę tu, że utwory przypominają stary, ponury i depresyjny Tiamat. Gdzie się podział Kowboj-Wesołek wyśpiewujący, by głosować na miłość? Nie, nie zapomniał o country, ale nadał optymistycznej części płyty odrobinę nostalgii, i wyszło mu to przepięknie ('Meliae').

now, when we're dead

we've learned how to live

Pięć lat musiało minąć, aby Johan nagrał wspaniały album. Musiał odnaleźć w sobie tę energię, którą czuł lata temu. Może opuszczenie Niemiec, z ich blichtrem i wszechobecnym plastikiem sprawiło, że do Tiamat wróciły stare dobre 'klimaty'? A może to nowa miłość, może to przeprowadzka do Grecji dodały do muzyki kilka nowych, świeżych elementów? 'Amanethes' po prostu dobrze się słucha, tak nocą, przy świecach i winie, jak w samochodzie pędząc gdzieś po polskich wybojach. Edlund swoje nowe piosenki uzbroił we wpadające w ucho melodie, i refreny, które można wyć razem z wokalistą. Refreny te to mistrzostwo świata, przyczepiają się do człowieka już po pierwszym przesłuchaniu, i nie potrafią wyjść z głowy...

i carry my burden alone
on Via Dolorosa...

W samym albumie jest kilka perełek, kawałków, których publika będzie na koncertach domagała się tak samo często jak 'Gai' czy 'Whatever That Hurts'. Należy do nich wspomniany 'The Temple of the Crescent Moon', z niesamowitym drivem i refrenem (tja...) który cała sala będzie wrzeszczeć razem z Edlundem. Także 'Amanitis' jest wart grzechu - to świetna repryza głównego motywu muzycznego przewijającego się na 'Misantropolis', zagranego na... banjo? w sposób przywodzący na myśl grecki folklor, ten z kozami i białymi wapiennymi skałami rozgrzanymi słońcem :) Również 'Via Dolorosa' zapada w pamięć na długo - taki Tiamat znamy, taki pamiętamy, i takiego chcemy jeszcze długo, długo słuchać.

why did you leave me?

Na koniec prawdziwy gwóźdź albumu, utwór, który pokazuje, że Tiamat to zespół kroczący Ścieżką Lewej Ręki. Otwarte nawiązanie do manifestu zawartego w 'The Scapegoat', jego uzupełnienie i kontynuacja, tak muzyczna, jak i ideologiczna. 'Amanes', bo o nim mowa, jest kwintesencją mroku, jest szelestem wody spływającej po ścianach pradawnego grobowca. Jest światłem w ciemności, bijącym od piekielnego żaru. Wiem, te linijki mogą budzić dziś śmiech, ale słuchając 'Amanes' cofnąłem się w czasie do chwili, gdy tego rodzaju porównania były esencją mojej własnej tfurczości :) I gdyby ten utwór został nagrany 17 lat temu, stałby się jedną z najjaśniejszych pereł w koronie Tiamat.

Jeśli jeszcze zastanawiacie się, czy warto dać Tiamat szansę po tych wszystkich latach, odpowiedź może być tylko jedna.
Warto.

czwartek, 15 maja 2008

Annalist, czyli jak nie kierować karierą

Dawno, dawno temu, w moje spragnione dobrej muzyki łapki wpadła kasetka wydana przez Digiton z pierwszą płytą Annalista - 'Memories'. Na wkładce o samym Digitonie nie było mowy, natomiast w miejscu, w którym z reguły widnieje znak graficzny labelu, widniał symbol z podpisem "Ciesz się, że nie szczekasz". Przez lata byłem bardzo dumny z faktu posiadania płyty wydanej przez 'najpewniej ultrapodziemną pancurską wytwórnię płytową', aż w końcu dowiedziałem się, że 'Ciesz się, że nie szczekasz' było tytułem dodatku do 'Sztandaru Młodych', poświęconego muzyce rockowej. W każdym razie, 'Wspomnienia' ukazały się w 1993 roku, ja zaś miałem okazję wysłuchać ich jakieś pięć lat później. Płyta to 54 minuty i 32 sekundy rocka neoprogresywnego, spod znaku Marillionu i Pendragona. Sporo solówek i świetny klimat, uzyskany min. dzięki kapitalnym partiom klawiszowym. Największe wrażenie, jak pamiętam, zrobił na mnie pierwszy na stronie B utwór 'Lunacy', który oprócz wyraźnego podziału na poszczególne części wyróżniał się długością - ponad 12 minut.
Płyta została zmiażdżona przez krytykę. Bezpośrednie czerpanie inspiracji z będących już wtedy klasykami w Polsce kapel z UK zostało bezlitośnie wytknięte. Do tego wokale Srzednickiego, zwłaszcza te w języku angielskim, boleśnie kaleczyły uszy. Na polskim progresywnym tronie siedział wtedy Collage, za jego plecami czaił się Abraxas, i to te kapele miały na długi czas stanowić wzór do naśladowania wśród polskich 'progrockersów'.
Co stało się dalej? Srzednicki otwiera własne studio nagraniowe (Serakos), a grupa nagrywa uznaną przez wielu za 'opus magnum' zespołu płytę 'Artemis' wydaną później przez Ars Mundi. Oprócz angielskich tekstów pojawiły się polskie, nakręcono teledyski (których, choć bardzo się starałem, nie znalazłem nigdzie w sieci), muzyka zespołu powędrowała w stronę ambitniejszego popu, co niestety stało się początkiem końca zespołu. Ale nie uprzedzajmy faktów. Na 'Artemis' znalazły się rzeczywiście świetne piosenki - bo piosenka to najlepsze słowo oddające charakter tych utworów. Na plus można wyróżnić 'Głębiej w biel', za fajną solówkę, zaś największym przebojem stał się 'Anioł i Duch'.
W tym kierunku podążył zespół na swojej kolejnej płycie, 'Eon' (wydanej w 1997 roku przez tandem Słońce/Ars Mundi). Niestety, utwory tutaj to coś, czym za kilka lat będzie nas karmił choćby Szymon Wydra z zespołem. Poza świetnie zaaranżowanymi partiami perkusji i przeszkadzajek, za którymi stoi Artur Szolc, wyraźnie zainfekowany muzyką Wschodu, piosenki to chłam tej samej miary, co hity niesławnej grupy Shout. (Tu możecie znaleźć całą płytę do ściągnięcia z Chomika, co ciekawe zespół został umieszczony pomiędzy takimi tuzami polskiej muzyki rozrywkowej jak grupy Akcent i Amadeo :), to pozwala choć trochę wyrobić sobie opinię o jakości albumu.) 'Eon' nadwyrężył moją wiarę w zespół na tyle poważnie, że kolejnej, ostatniej w karierze zespołu płyty 'Trial' nie słyszałem, ani nawet jej nie szukałem. Gwoździem do trumny był fakt, że została wydana dla padającego już wtedy polskiego oddziału Koch Ent., więc nie miała żadnej promocji i przeszła bez echa (rok później wznowił ją Mitloff w swojej Apocalypse Prod.). Zespół padł.
Ale życie toczy się dalej. Artur Szolc i Robert Srzednicki tak zasmakowali we wspólnym graniu, że wydali dwie płyty poświęcone Tarotowi i Zodiakowi. Natomiast od 2004 roku współtworzą zespół Delate.
Nam zostały cztery płyty Annalista, z których z czystym sumieniem mogę polecić dwie. Przy czym to debiut zrobił na mnie najbardziej pozytywne wrażenie. I, zgodnie z tytułem płyty, zawsze gdy jej słucham, przychodzą wspomnienia, wspomnienia z pięknych czasów :)

Poniżej jedyna próbka tfurczości Annalist, jaką znalazłem w sieci, czyli ilustracja zimowej wycieczki na Kasprowy Wierch. Nie chce mi się odkurzać starego kaseciaka, ale mam prawie 100% pewności, że utwór pochodzi ze 'Wspomnień' ('Falling Down' ???).