środa, 28 stycznia 2009

Jaki jest najlepszy zespół na świecie?

I dlaczego jest nim Motörhead?

Dlatego:

piątek, 16 stycznia 2009

Small Town Boy, czyli manifest trzech angielskich gejów


Bronski Beat stali się w Polsce zespołem jednego hitu - piosenki, która we wczesnych latach osiemdziesiątych była równie często słyszana w radio, co w telewizji. Melodia, odgrywana jednym paluchem na organkach CASIO, zapadła głęboko w pamięć nie tylko mnie, ale całemu pokoleniu. Efektem jest cała seria mniej lub bardziej udanych coverów ówczesnych dzieciaków, a obecnych Artystów. Ich interpretacje klasyka chciałbym Wam dziś przedstawić.


The Fire to szerzej u nas nieznany rockowy band z Włoch. 'Small Town Boy' pochodzi z ich pierwszego - i jedynego jak do tej pory albumu 'Lovedrive' (minus za 'oryginalny' tytuł). Ich muzykę można określić jako zderzenie amerykańskiego ugładzonego punka spod znaku Green Day czy (późnego) The Offspring z 'nowym' screamo i tym, do czego przyzwyczaił nas mr. Manson. Mieszanka niekoniecznie strawna, ale iście przebojowa, więc mają szansę na sukces. Czy go odniosą, to juz inna para kaloszy... Sam cover - cóż, tak zbliżony do oryginału, jak się tylko dało...


Również z Włoch pochodzi duet The Atomic Bees, grający nieco bardziej strawnego rocka z dużą domieszką bardzo oldskulowej elektroniki. W ich stylu mieszają się echa The Cure z chiptunes (tjaaa...) i popem. Mały konkursik: Jaka kapela z lat 80-tych także lubiła w swoich teledyskach korzystać z estetyki komiksu? ;)


D-Age znane także jako Depressive Age był niemiecką kapelą z Berlina, wykonującą jakże popularny w tym kraju goth-metal. Jednakże próby wstrzelenia się w trend i zaadaptowania elementów new-metalu do swoich kompozycji zakończyły się fiaskiem - zespół nie potrafił się zdecydować, czy podążać w kierunku wytyczonym przez Crematory, czy raczej Deathstars, i w efekcie spoczął w grobie. Czy świat potrzebował D-Age - ciężko stwierdzić. Ja braku tej kapeli nie odczułem w żaden sposób ;).


Paradise Lost przedstawiać nie trzeba. Posępni Anglicy nagrali 'Small Town Boy' na płycie 'Symbol of Life' na której na dobre powrócili do grania mrocznej i ciężkiej muzyki. Teledysku, dranie, nie nakręcili, dlatego muszę posiłkować się fanartem jakiegoś angielskiego emo-dzieciaka :) Ale dobra muzyka broni się sama :)


Polacy nie gęsi, i swojego przedstawiciela na tej długiej liście mają ;). To Miracle, poznański zespół zaczynający od death/thrash metalu, obecnie lawirujący w kierunku metalu progresywnego. I choć w podziemnym obiegu o ile dobrze pamiętam funkcjonuje tylko jedno ich wydawnictwo, to koncertują dosyć często, więc jest szansa zobaczyć i usłyszeć ich na żywo, do czego serdecznie zachęcam.

Oczywiście są też inni. Atrocity nagrało dwie płyty z przeróbkami hitów z lat 80-tych, nie mogło na nich zabraknąć i 'Small Town Boy'a'. Czy piski Liv Kristine wzbogacają ten utwór, czy go kaleczą? Decyzję musi podjąć każdy słuchacz. Także reprezentanci sceny elektro mierzyli się z legendą - kultowy w pewnych kręgach niemiecki And One utwór ten interpretował tak... Reprezentanci sceny trance/techno również dołożyli swoje cegiełki do tej piramidy - oto wersje DJ Tom'a i DJ Alex'a K. A na koniec mała perełka, której niestety nie udało mi się wkleić na stronę główną - oto doskonały remix Bronsky Beat i Destiny's Child. Enjoy!

poniedziałek, 12 stycznia 2009

WoW oczyma n00ba.

Stało się. Dołączyłem do rzeszy jedenastu milionów obywateli Azeroth, płacących co miesiąc haracz na rzecz Tyranów Zamieci. O tym, co zobaczyłem, i czego się nauczyłem przez półtora miesiąca w Świecie Rzemiosła Wojennego, przeczytacie poniżej.

Etap pierwszy - Po prostu graj!

Darujmy sobie opisy tego, jak trafiłem do Azeroth. Pewnego pięknego dnia obudziłem się w krypcie, przeciągnąłem swoje stare kości, po czym ze zdumieniem odkryłem, że żyję. Znowu. Otrzepałem się z wiekowego kurzu, chwyciłem leżący nieopodal zardzewiały miecz i wyszedłem zaczerpnąć świeżego powietrza. Gdy tylko opuściłem przytulny grobowiec, zaraz odnalazł mnie jakiś niemile pachnący i plugawie odziany zombie, od którego dostałem Ważne Zadanie. Po jego wykonaniu ruszyłem dalej, by poznać bezkres świata, który stanął przede mną otworem...

Etap drugi - Interakcja.

Jako, że moja pierwsza postać miała polskie imię (którego nie zdradzę na razie, bo zobaczycie - jeszcze kiedyś powrócę, aby zasiąść na Mrocznym Tronie!), od razu zostałem zaczepiony przez jakiegoś nastolatka ze Śląska (jak sądzę), który po stwierdzeniu, że ma do czynienia z początkującym graczem (na próbnym koncie) i że nie dostanie ode mnie ani kasy, ani przedmiotów, zbluzgał mnie straszliwie. Zdziwiło mnie to dosyć, i nastawiło dosyć wrogo do wszystkich pozostałych graczy - postanowiłem bawić się sam. Jednak pamiętając wspólne wypady do kafejek internetowych ze znajomymi, zadałem im podstawowe pytanie - jak się możemy spotkać w grze? Odpowiedź była dość bolesna - musiałem opuścić swój serwer i przenieść się na inny - Moonglade.

Etap trzeci - Tym razem na poważnie!

Razem z Kasią podjęliśmy decyzję - wchodzimy w to razem! Zakupiliśmy pełniaki, ściągnęliśmy wszystkie zalecane patche (pół dnia ściągania!), zainstalowaliśmy i... wsiąkliśmy. Niestety, nie zrobiliśmy jednej ważnej rzeczy - nie przeczytaliśmy podręcznika (był po angielsku), co wyjaśniłoby pewne sprawy już na początku (a tak, to na rozwiązania natrafialiśmy już w ciągu gry, co było niekiedy dla nas dość frustrujące).


Etap czwarty - We dwoje jest weselej!

Po wstępnym przeanalizowaniu plusów i minusów wszystkich dziesięciu dostępnych w grze ras wybraliśmy Byczki - rączego myśliwego Yarla i powabną szamankę Horpynę. Taureni, ku mojemu zdziwieniu, okazali się być odpowiednikami amerykańskich Indian stepowych - wiecie, bezkresne przestrzenie, szamanizm i totemy przed chałupą. Spodziewałem się, że ideologia Hordy będzie mroczna - plugawe rytuały, krew i bezmyślne okrucieństwo. Tymczasem konflikt między Taurenami a innymi rasami ma podłoże bardziej... naturalne. Centaury i dzikołaki to wrogowie rasowi - ich połączone działania miały na celu usunąć Byczki ze świata, przejąć ich ziemie i tak dalej. Aby osiągnąć ten cel nie wachali się oni splugawić, a miejsca, gdzie można ich spotkać pełne są śladów rzezi i okrucieństw. Zaś członków Sojuszu Byczki nie znoszą z innych powodów - gnomy i krasnoludy zanieczyszczają środowisko, pragnąc wydrzeć Matce Ziemi jej skarby, ludzi wszędzie jest pełno, osiedlają się ale o kołogzystencji i poszanowaniu obyczajów innych istot oczywiście nie chcą słyszeć, draenei to kosmici (dobrze, że choć mają kopytka!) a elfy to pedały (naprawdę!). Trzeba przyznać, że klimat i otoczka u Taurenów jest... bycza! Bardzo trafiła w nasze gusta. A więc ruszyliśmy we dwoje, w nowy, nieznany świat. Ruszyliśmy, bardziej odkrywać i poznawać, niż podbijać i rabować.

Etap piąty - Nowy wspaniały świat.

Jeżeli nie masz w grze przewodnika - kogoś, kto już zna świat, to uczysz się na własnych błędach. Sposób gry jest fantastycznie skonstruowany - praktycznie cały czas czekasz na coś fajnego, nie możesz się doczekać aż uda Ci się coś osiągnąć. Z każdego kolejnego osiągnięcia jesteś coraz bardziej dumny i tak to się toczy... System gry jest skonstruowany przejrzyście, w większości przypadków nie mieliśmy problemów ze zrozumieniem, co trzeba zrobić, aby wypełnić swe zadania. Questów zaś warto brać jak najwięcej, czasem bowiem zdarza się, że kilka różnych osób daje zadania dotyczące tej samej lokacji, a nie ma nic bardziej wkurzającego, niż wielokrotne 'czyszczenie' tego samego miejsca aby wypełnić kolejną misję... Zadania w gruncie rzeczy sprowadzają się do schematu znanego choćby z Diablo II i dzielą się na kilka rodzajów - zabij kilka stworów określonego rodzaju, zabij ich szefa, odnajdź i odzyskaj przedmiot (po drodze zabijając inne stwory), przenieś przedmiot w inne miejsce albo porozmawiaj z kimś. Bardzo często łączą się w ciągi przyczynowe - czyli najpierw porozmawiaj ze Zrywaczem Ścięgien, potem zabij Parszywego Boba i każdego, kto Ci stanie na drodze (a co najmniej 12 Odrażających Ścierwników), odzyskaj Szydercze Zwierciadło i zanieś je potem do Ciotki Cecylii. W sumie zadania i tak sprowadzają się do mordowania przeciwników i zbierania tego, co mieli przy sobie :) Czasami zadania mają dodatkowe smaczki - a to do wykradzenia Zwierciadła musisz wykorzystać gnomią technologię, a to ktoś, kogo miałeś zabić próbuje Cię przekupić, i tak dalej i tak dalej. Miłe.

Gra samemu daje masę satysfakcji tylko na początku. Z upływem czasu okazuje się, że kolejne misje są skonstruowane tak, że tylko grupa ma szansę je wykonać (głównie osiągane jest to przez fakt, że zaczepienie jednego stwora, którego mamy szansę wykończyć w pojedynkę, ściąga nam na głowę wszystko co żyje w okolicy - jedna postać nie ma wtedy szans). Poza tym w misjach polegających na zabiciu kilkudziesięciu stworów liczą się stwory zabite przez wszystkich w grupie - przez co takie misje zwyczajnie szybciej się wypełnia. Poza tym gra samemu potrafi bardzo sfrustrować - chodzisz samemu, tłuczesz potwory i powolutku zbliżasz się do artefaktu, który masz posiąść, albo bossa, którego masz zgładzić. Gdy już jesteś blisko, pojawia się grupa postaci - graczy, która zabija dziewicę, ratuje smoka i gwałci kufer ze skarbami, a ty bezsilnie czekasz, aż sobie pójdą, i aż kufer, smok i dziewica wrócą z zaświatów. Przeważnie świeżo ubite przez Ciebie i przez nich potwory również wracają, co zbyt często kończy się śmiercią Twojej postaci i złorzeczeniu na czym świat stoi. I tak doszliśmy do kolejnego elementu - Lochów.

Aby wykonanie zadań z Lochów przynosiło oprócz doświadczenia także satysfakcję, trzeba się zebrać w grupie. Lochy to bardziej wymagające stwory, lepsze przedmioty zdarte z nich i ogólnie większa zadyma, ale także uniknięcie opisanej powyżej sytuacji, w której ktoś inny zbiera owoce naszej harówki. Znalezienie dobrej, zgranej paczki to więcej niż połowa sukcesu, dlatego akurat o to warto się postarać. Nie ma niestety sposobu na znalezienie dobrej grupy - najprościej po prostu rozmawiać z graczami, którzy są w Twojej strefie i na podstawie rozmowy decydować się, czy warto iść z nimi do Lochów. Choć muszę przyznać, że jedne lochy zwiedziłem z przypadku - jakiś gracz odezwał się do mnie, czy chcę 'do RFK', po czym praktycznie w środku robienia zadania przeniosłem się na inny kontynent aby tam wymordować trochę dzikołaków. Warto więc rozmawiać, i wiedzieć, czy odpowiada ci styl gry kogoś, z kim jesteś w drużynie. A już zupełnie najlepiej gra się ze znajomymi z Realu (już trójka to potęga, a czteroosobowa drużyna jest w stanie przetrwać naprawdę poważne kłopoty). Im dłużej grasz, tym więcej masz znajomych, tym łatwiej Ci wykonywać kolejne zadania i 'rosnąć'.

Ale Wojna to nie tylko zadania i rzezie, to także Ekonomia. W tym świecie popyt i podaż są taką samą bronią, jak topór i fireball. I - tu muszę przyznać, bardziej trafia do mnie znów Horda niż Sojusz. Otóż oprócz klasy postaci wybieramy do niej profesje - dwie podstawowe i cztery poboczne, przy czym poboczne profesje mają wszyscy takie same - to Gotowanie, Pierwsza Pomoc, Wędkowanie i Jeździectwo. Profesje podstawowe można mieć tylko dwie, do tego wybór jest spory, więc warto poważnie się zastanowić - kim chce się zostać... W Azeroth możemy odnaleźć przeróżne surowce - od ziół i minerałów począwszy, przez skóry aż do różnego rodzaju elementów spożywczych. W zależności od profesji postać może albo je pozyskiwać, albo z nich korzystać. Dla przykładu Yarl jest myśliwym, który dzięki profesji Garbarza może pozyskiwać z upolowanych zwierząt skóry, zaś jego druga profesja - Kuśnierstwo - pozwala mu z nich szyć części garderoby i sprzęt. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by wybrać dwie profesje przetwarzające wybrane surowce - jak Jubilerstwo i Inżynieria jednocześnie, problem w tym, że o ile postać taka nie ma znajomego Górnika, nie będzie miała surowców niezbędnych do tworzenia przedmiotów... o ile nie kupi ich na aukcji. Wszystko, co wypadnie z powalonych przeciwników można sprzedać. Można to uczynić za marne grosze u pierwszego napotkanego sprzedawcy, a można zaryzykować, i spróbować sprzedać je innym graczom. Po to właśnie wymyślono domy aukcyjne. Nieprzydatny dla maga Bojowy Topór Grozy +3 można sprzedać wojownikowi, który dzięki niemu utłucze więcej stworów. Ale nabywcę może znaleźć wszystko - mięso, materiał, miedziane części, eliksiry... wystarczy wystawić je na aukcji. Niestety, jak dla mnie aukcje 'spsuły' trochę grę - nie wiedząc o ich istnieniu (albo nie korzystając z nich) liczyłem się z każdym miedziakiem, a pierwsza zarobiona złota moneta to był powód dla świętowania. Niestety, potem poszedłem do domu aukcyjnego, i od tego czasu wszystko się zmieniło. Otóż w WoW materiały są z reguły dużo więcej warte niż przedmioty z nich wytworzone. Dlaczego tak się dzieje? Bo za stworzenie przedmiotu dostajemy punkty rozwoju postaci, ale także dlatego, że niektórzy gracze nie mają jak pozyskać materiałów. Dlatego dochodzi do absurdów - materiały potrafią na aukcji kosztować nawet 10 razy więcej, niż przedmiot z nich wytworzony. Moja druga postać, Gnom - Czarnoksiężnik Raptus bardzo szybko się w ten sposób wzbogaciła, co odebrało mi trochę przyjemności z ciułania i później wydawania naprawdę ciężko zarobionych pieniędzy. Teraz bardziej liczy się gest - i 'łatwo przyszło, łatwo poszło'. W Hordzie natomiast takiej sytuacji na aukcjach nie ma. Co prawda tylko dzięki aukcjom udało mi się uzyskać fundusze niezbędne w pewnej części gry, ale wydanie ich to była ciężka decyzja, przemyślana w 100% (a nie wykupienie wszystkiego, co się oferuje). Tutaj ciągle stałem przed wyborem - czy potrzebuję jakiejś umiejętności? przepisu? może lepszej broni? Takie wybory dają mi maksymalną satysfakcję.

Etap szósty - Witaj, wesoła przygodo!

Lubię odgrywać. Lubię, gdy moja postać ma jakiś indywidualny szlif, odróżniający ją od postaci innych graczy, czy postaci niezależnych. Wolę, gdy znajomy w grze przywita mnie stwierdzeniem 'All shall hail brave Yarl the Hunter!' niż 'hi r u LFG? wana jion us? do RFK'. Wkurzają mnie gracze, którzy psują zabawę innym nieustannym 'ejże! podpisz mi się!', 'ejże! daj mi kasę/przedmiot!', 'ejże! WTS [Brona Gniewu +2]'. Bardzo pochlebiają mi zachowania nastawione na odgrywanie - np. ktoś z graczy potrzebował czarnoksiężnika do odprawienia specjalnego rytuału i odpowiednio się zachował wobec mnie, albo często spotykane rzucanie na graczy na szlaku błogosławieństw - gdybym miał postać maga albo paladyna sam bym tak robił :). Ostatnio rozbroił mnie podryw, który jeden z graczy późno w nocy uskuteczniał na Horpynie - przerodził się on spontanicznie w zwierzęce animal-disco :) Świat jest pełen fajnych ludzi, którzy chcą czerpać przyjemność z zabawy i mają pomysły jak to robić dzięki narzędziu, jakie dał nam (za ciężkie pieniądze) Blizzard.


Etap siódmy - ... I'll be back!

No właśnie. Gdy skończę pisać tę notkę, nie będzie mnie tu z Wami. Będę biegał gdzieś po Tysiącu Igieł albo błądził gdzieś po Zmierzchowym Borze. Chciałem Wam opowiedzieć o tylu rzeczach, nie zdążyłem. Ale z pewnością jeszcze tu wrócę, opowiem Wam o pojedynkach, o wyścigach Kodo, o mrocznych tajnikach alchemii i o grozie czającej się w Szkarłatnym Klasztorze. Opowiem też, a jakże, o golasach biegających nocą po zaułkach Burzowego Wichru, o małym domku w środku Elfowego Lasu i o tym, kogo w środku znalazłem. Dowiecie się może także tego, dlaczego nie powinno się zakładać kolczugi na stringi. A tym czasem... Stay away from the voodoo...

wtorek, 6 stycznia 2009

Nox, czyli wierzgające bratanki.

Nox to wyśmienity szyld dla kapeli metalowej. Kojarzycie pewnie wściekłych deathbangerów z Holandii, którzy pod tym szyldem nagrali przedni 'Ixaxaar'. Jeśli szperacie po Internecie w poszukiwaniu podziemnych perełek, być może obiła się Wam o uszy młodzież z Rumunii. Jeśli rajcuje Was psychobilly, pewnie znacie perwersów z Sardynii. Nic prostszego dodać sobie też dodatkowy człon do nazwy i grać satanistyczny ambient jak Nox Arcana, albo posępny doom jak Nox Mortis. Ale tę nazwę, na początku naszego stulecia, upodobała sobie również pewna węgierska grupa, której zamierzam poświęcić ten wpis.



Muzyka Nox, jak widać na powyższym obrazku, jest wariacją na temat węgierskiego folka przemieszanego z popem. Całkowicie sztuczną, dodam, stworzoną z premedytacją na potrzeby przemysłu muzycznego. Pierwsza płyta, wydana w 2002 roku nie odniosła spodziewanego sukcesu, choć nawet na dzień dzisiejszy broni się ciekawymi melodiami i nienachalnymi aranżacjami. Druga płyta sukces odniosła umiarkowany - trafili na dobry moment, gdy całą Europę ogarnęła mania bałkańskiego folku, zaś w Polsce pojawiły się Brathanki i Golce :)


Gdy w 2004 roku konkurs Eurowizji wygrała nienosząca majtek ukrainka Ruslana, potwierdzając tym samym boom na folka (trzeba jednak przyznać, że w porównaniu z innym ukraińskim finalistą Eurowizji jej piosenka wymiatała ;) ), Węgrzy postanowili w kolejnej edycji zaprezentować właśnie Nox. W tym samym konkursie Polskę reprezentowali Rosjanin z Rybą. Tymczasem Eurowizję wygrała zainspirowana Parkanem długonoga Greczynka. Węgrzy nie załamali się poeurowizjową falą krytyki (i niewybrednych żartów ;) ) i nagrali najlepszą płytę w swojej karierze - Ragyogás. Najpiękniejsze melodie, najwspanialsze aranżacje i naprawdę doskonałe piosenki - tego warto posłuchać! (Co można zresztą zrobić na stronie zespołu, w sekcji multimedia... a skoro przy ich stronie jesteśmy, to serdecznie polecam sekcję z klipami i klimatyczny klip promujący ich drugą bodajże płytę ;) ).

Kolejny rok i kolejna płyta - taki rozkład zajęć najwyraźniej odpowiadał wytwórni, ale niekoniecznie zespołowi. Örömvölgy okazało się być mniej udane od poprzednika, i od tej pory rozpoczęła się równia pochyła. Wytwórnia co prawda wpompowuje wciąż masę kasy w zespół, co widać choćby po coraz bardziej zaawansowanych teledyskach, ale muzyka zespołu kieruje się coraz bardziej w kierunku tego, co akurat na topie - czyli nudnego popu, zatracając gdzieś te folkowe pierwiastki, które wcześniej stanowiły o jej urodzie. Na chwilę obecną pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że Nox wróci na właściwe tory, bądź doczeka się naśladowców, oraz słuchać starych płyt, a szczególnie tego kawałka:



Egészségére!

czwartek, 1 stycznia 2009

Witaj Nowy Roku!

Czego można się dowiedzieć spędzając Sylwestra w domu? Może tego, że ukochanym zespołem Polaków jest ABBA (której coverbandy pojawiły się niezależnie od siebie na imprezach telewizyjnych w Warszawie i Wrocławiu), że spece od wizerunku Edzi Górniak swoimi radami mogą bardziej zaszkodzić niż pomóc, i że w Warszawie, niestety, wciąż mieszka sporo buractwa (wyrazy uszanowania ślę do obywatela, którego bardzo ukochała kamera Polsatu). Można także przysiąść ze zdumienia, że pamięć ludzka jest tak zawodna, i pozwala zapomnieć o tak niesamowitych wykonawcach jak Mr. President czy Mousse T. Można się też było dowiedzieć, że w Puerto Rico istnieje rapujacy duet wokalny.

Ale najbardziej cieszę się, że spece z telewizji przypomnieli mi o istnieniu grupy Slade. Odzyskałem wiarę w leprechauny.

czwartek, 18 grudnia 2008

Mam Talent - Star Wars edition.

Czy zastanawialiście się kiedyś, o ile uboższy byłby nasz świat, gdyby nie było Gwiezdnych Wojen? Gdyby George Lucas miast kreować nowe światy i wspaniałe historie przerzucał skrzynki w 'Wall-Marcie'? Gdyby słowa 'Luk, ajm jur fada...' były kojarzone tylko z przyznaniem się do ojcostwa gdzieś w dusznej sali sądowej w południowym Teksasie?

Ale na całe szczęście Gwiezdne Wojny zaistniały w zbiorowej świadomości. Obrosły kultem i zainspirowały setki naturszczyków do dołożenia swojej cegiełki do świata, gdzie byle rolnik z pustynnej planety może uwolnić galaktykę od jarzma Tych Złych... Oto całkowicie subiektywny wybór kilku z nich...



Trzeba przyznać, że John Williams napisał bardzo sugestywną muzykę. taką, która sprawiała, że ciarki chodziły człowiekowi po plecach. Ciężko jest znaleźć jej lepszą wizualizację, niż to, co pokazali panowie od Lego Star Wars. Majstersztyk.



Tak, 'Marsz Imperialny' inspirował wielu. Grupa Vader w początkach swej działalności wychodziła na scenę przy jego dźwiękach. Metallica nagrała swoją wersję razem z filharmonikami z San Francisco. Również grupy Epica i Rage Against the Machine coverowały ten utwór. Jednak na mnie największe wrażenie zrobiła wersja jakiejś nieznanej kapeli garażowej, która święci tryumfy w sieci :)



Marsz Imperialny ma w sieci setkę różnych wykonań. Obok klasycznych, można znaleźć kilku zapaleńców, którzy machają do nas z ekranu piszcząc: 'Patrz, potrafię to zagrać na...' na tubie, trąbce (choć tu akurat wykonanie innego motywu zrobiło na mnie większe wrażenie) czy perkusji (o setce wersji na gitarę nie wspomnę). Ponad wszystko wybija się jednak wykonanie na stację dyskietek 3,5' i brak orkiestry :)



Nie samym metalem człowiek żyje, więc nietaktem byłoby pominięcie remiksów elektronicznych utworów J. Williamsa. Niestety, większość z nich jest totalną kichą - puszczeniem oryginalnego nagrania przyspieszonego do 320 bpm z dodaniem umcyków w tle. Powyższe wykonanie 'Duel of the Fates' jest jednak na tyle interesujące, że warto je wysłuchać. Dla amatorów lat 80-tych, lustrzanych kul i kolorofonów polecam jeszcze grupę Meco. Będę jednak miłosierny, i pominę (prawie ;) ) gwiezdno-wojenny gangsta rap. :) (Nie, naprawdę nie mogłem się powstrzymać :P ).



Tu zaś mamy prawdziwy majstersztyk. Nowa jakość w fan-fiction, i choć w tym medleyu nie ma ani jednej nuty z Gwiezdnych Wojen (tylko z innych filmów, do których muzykę stworzył J.Williams), to jego tekst odnosi się w całej rozciągłości do Gwiezdnej Sagi. Wykonanie nie pozostawia absolutnie nic do życzenia. Czapki z głów, przed wami jednoosobowy chór!


P.S. Jeśli będziecie mieć szczęście, traficie do Disney's Hollywood Studios, gdzie będziecie mogli obejrzeć jedyny w swoim rodzaju taneczny show, zaś waszej pociesze być może uda się zostać patafianem, a nawet uratować Galaktykę, używając Mocy ;).

środa, 17 grudnia 2008

Czytelnicze trzy po trzy.

Co poniektórzy narzekają. Że niby nie piszę. Że ledwie zaczęli czytać a już blog obumiera.

Trudno.

Nigdy nie twierdziłem, że wpisy będą cykliczne.

Dla rozruszania taka jedna zamiast śnieżką cisnęła we mnie książkowym łańcuszkiem blogowym. Czekaj no, jak tylko będę miał okazję, to odpłacę pięknym za nadobne...

Jedziemy.

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

Czytam bez przerwy... czytam, kiedy tylko się da... tak, to by było zbyt piękne. Czytam, kiedy znajdę na to czas. Kiedy stwierdzę, że książka kusi mnie bardziej niż mecz, niż partyjka w FIFĘ czy godzinka spędzona gdzieś w Azeroth. Czytam, kiedy z różnych względów nie mogę robić innych rzeczy. Pora dnia jest mi obojętna, choć od kiedy pamiętam, zawsze najlepiej czytało mi się późną nocą. Niestety, teraz późną nocą mam ciekawsze rzeczy do roboty. Na przykład sen...

Gdzie czytasz?

Prościej będzie napisać gdzie NIE czytam i dlaczego. Nie czytam w wannie - przypadkowa kąpiel nie wyszłą by książce na dobre, a ja jestem książkowym purystą i każde uszkodzenie traktuję jak największą zniewagę. Nie czytam w samochodzie - nawet gdy nie prowadzę. Uważam bowiem, że ulotna chwila zauważenia czegoś ciekawego za oknem, choćby na ułamek sekundy, jest cenniejsza niż obcowanie nawet z najlepszą książką. Nie czytam w metrze, gdyż nim nie jeżdżę. Wszędzie indziej, jak najbardziej. Do dziś pamiętam moje ostatnie wakacje między liceum a studiami, kiedy najwięcej książek pochłonąłem przed ekranem komputera. Heroes of Might and Magic III chodził na moim sprzęcie bowiem tak wolno, że w trakcie ruchów komputerowych przeciwników potrafiłem przeczytać 4 do 6 stron książki. W pracy, jeśli tylko mam odrobinę spokoju, wyciszam się przy lekturze. Lubię czytać w światyni dumania, doprowadzając czasem pozostałych domowników do szału.

Jeśli czytasz na leżąco (w łóżku) to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

Najchętniej czytam z założoną prawą nogą za karkiem. Co za pytanie, niech mnie drzwi ścisną. Gdy leżę w łóżku, nawet z książką, to wiercę się nieustannie wciąż zmieniając pozycję. Ruch to podstawa.

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Komiksy! Szybko się je czyta i mają kolorowe obrazki! Poza komiksami - wszystko. Posiadam zadziwiającą cechę, która pozwala mi doczytać do końca nawet najgorszy chłam. Niestety, ta sama cecha podczas czytania czasopism (średnio 3-4 na miesiąc) nakazuje mi czytać również stopki redakcyjne. Ale subiektywnie mogę stwierdzić, że unikam literatury iberoamerykańskiej, lubię zaś amerykańskich pisarzy pochodzenia żydowskiego. Nie mam także nic przeciwko indyjskiej publicystyce naukowej (pewnie dlatego, ze jeszcze nic z tego nurtu nie czytałem ;) ).

No i pramatka i praojciec mojego czytelnictwa - fantastyka wraz z horrorem.

Książka, która zmieniła najwięcej?

Dawno, dawno temu, w mojej rodzinie był płacz i zgrzytanie zębów. Dorośli nie byli dla siebie mili, a płacz dzieci i reszty domowej trzódki echo niosło daleko po blokowisku. Aż nagle pewnego dnia w domu pojawiła się Książka-Która-Zmieniła-Najwięcej. Od tej pory wszyscy żyli w zgodzie i w radości, długo i szczęśliwie ;).

Co czytałeś ostatnio?

Ostatnio miałem epizodyczne dyżury w call center Konferencji Klimatycznej ONZ, gdzie była taka cisza i spokój, że podczas nich udało mi się przeczytać trzeciego Gamedeca (który rozkręca się z każdą kolejną stroną, i którego polecam amatorom dobrego sci-fi), mini-serię Brooksa o zombie ('Survival', cóż, zirytował mnie potwornie, zaś 'Wojna Z' okazała się całkiem smakowita), staroć Kinga czyli 'Blaze' (dzięki której to książce zorientowałem się, ze o ile nowe propozycje Kinga coraz trudniej mi przełknąć, o tyle starsze - są esencją tego, czego oczekuję od powieści akcji), 'Wigilijne Psy' Orbitowskiego (bardzo nierówne, ale niezłe opowiadania, przywodzące na myśl dawnego Kinga właśnie) i antologię pisarzy czeskich 'Zachowuj się jak porządny trup' (która może świetnym antologiom rosyjskim nie dorównała, ale pokazała, że za naszą południową granicą pisze kilku ciekawych autorów ;) ).

Co czytasz aktualnie?

Aktualnie nadrabiam zaległości czasopismowe. Mystic Art, Metal Hammer, Playboy i kilka numerów CD Action. Na Święta pewnie zacznę 'Ulissesa' albo 'Sagę o Ludziach Lodu'...

Używasz zakładek czy zaginasz rogi? Jeśli używasz, to jakie one są?

Nie używam zakładek, nie zaginam rogów. Gdy odkładam książkę, to albo kładę ją grzbietem do góry (czym wkurzam strasznie taką jedną), albo staram się zapamiętać stronę, na której skończyłem.

Co sądzisz o książkach do słuchania?

Świetna rzecz, z której korzystałem namiętnie zwłaszcza w podstawówce, gdy szybko - i znacząco - pogorszył mi się wzrok. Wysłuchałem tak min. 'Hrabiego Monte Christo' (który czytany 'na własne oczy' nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak ten odsłuchiwany), 'Nędzników' i inne dzieła literatury francuskiej. Z polskich audio-książek wysłuchałem szeregu nagrań Sienkiewicza, Kraszewskiego i tego kolesia od pracy u podstaw. Co istotne - książki do słuchania nagrywane były przez czołowych polskich aktorów - Kwiatkowską, Fronczewskiego, Opanię czy Gajosa. Wielokrotnie to ich sposób czytania, narracji, robił większe wrażenie niż treść samej książki.

Co sądzisz o e-bookach?

Sądzę, że dzięki opcji szybkiego wyszukiwania danych przez komputer są przyszłością opracowań technicznych czy prawnych, a także większości instrukcji obsługi czy pism specjalistycznych. Być może podręczniki wydane w takiej formie byłyby przejrzystsze i bardziej zrozumiałe. Jeśli jednak mam czytać dla przyjemności, nie ma jak stary dobry papier...

Łańcuszka nie przekazuję dalej, bo jestem bucem :) Wszystkie znajome blogi ktoś już łańcuchem tym zdzielił, a jeśli nie zdzielił, to pewnie zdzieli w niedługim czasie. Blogosferowicze, których podglądam cichutko od czasu do czasu chyba nie byliby zachwyceni, gdyby ni z tego ni z owego jakiś obcy buc ciepnął im książkowy łańcuszek? W końcu ile mozna pisać / rysować dowcipy o książkach? ;)